Blog - Edyta Pazura | MaybeBaby

Kiedy zapada cisza...
(06.09.2018 )

Jeżeli myślisz, że będzie to jedna z tych słodkich opowieści o infantylnym zabarwieniu to się mylisz… Przygotuj sobie chusteczkę, bo najprawdopodobniej będzie to jedna z bardziej wzruszających historii jaką miałaś/eś okazję przeczytać.



W moim domu od najmłodszych lat towarzyszyły mi zwierzęta. Jeżeli  miałabym wskazać za co najbardziej jestem wdzięczna moim rodzicom, to właśnie za możliwość życia wśród braci mniejszych. Kiedy przyszłam na świat, już od kilku lat w mojej rodzinie żył sobie Misiek. Tak właśnie. Wiem, że „Miśków” jak „Burków”, ale nasz Misiek był kundelkiem wyjątkowym… Mały, czarny o oczach jak dwa węgielki- po prostu upierdliwe cudo na czterech łapach…Za to ja, jako dziecko nie mniej upierdliwe od mojego czworonoga, dałam mu naprawdę ostro w kość: szarpałam, drapałam, ciągnęłam, gryzłam… A on? Ani drgnął, tylko dzielnie wytrzymywał moje szarpania i głośne krzyki. Co ciekawe, Misiek sam wyprowadzał się na spacery. Pare razy dziennie, pokonywał niestrudzenie dziesięć pięter nowohuckiego bloku z wielkiej płyty. Mój pies jednak dawał radę, a sława mojego samo-wyprowadzającego się czworonoga była tak wielka, że każdy wiedział, że Misiek jest właśnie tym „psem od Zająców”. Mój mały kompan miał jeszcze jedną dość dziwną cechę…. Mianowicie nie znosił zapachu alkoholu. I o ile omijał z daleka osiedlowych  pijaków, tak podczas naszych corocznych namiotowych pobytów nad Dunajcem, wpędził nietrzeźwego rolnika na rowerze w hektary pokrzyw sięgających po pachy. Mama wpadła do namiotu, pozamykała nas na cztery spusty, a Miśkowi kazała spieprzać gdzie pieprz rośnie… Na szczęście nietrzeźwość umysłu Pana na rowerze spowodowała, że najprawdopodobniej jego bolesne doznania fizyczne, były odczuwalne dopiero następnego dnia. Mój pierwszy czworonóg, dożył sędziwego wieku 18 lat i zmarł ze starości. Było nam wszystkim bardzo ciężko, jednak mieliśmy poczucie, że Misiek odszedł w pięknym wieku. To było moje pierwsze zetknięcie ze śmiercią przyjaciela. Trudne, bolesne, naiwne- że przecież pies zaraz wróci, bo zawsze do nas wracał. Pierwszy raz w moim domu nastała cisza- taka której się bałam. Każdy przeżył śmierć Miśka na swój sposób.

 Przez 19 lat mojego życia na osiedlu Piastów w Nowej Hucie miałam jeszcze: chomiki, kanarki (każdy miał na imię Kubuś), mewki, zeberki, rybki, kota Kleopatrę i papużki. Było tego trochę, ale w moim domu panowała jedna najważniejsza zasada: jeżeli decydujemy się na jakieś zwierzę, to opiekujemy się nim i dbamy o czystość. Rodzice byli uczuleni na punkcie odpowiedzialności i higieny, a ja? No cóż… Jako mała dziewczynka kochająca zwierzęta, sprowadzałam nawet ślimaki, mrówki i biedronki. Dokładnie tak samo jak moja Amelka, tylko że ja teraz oczywiście tego nie pamiętam :)

Pewnego słonecznego dnia wracając z kościoła, zauważyłam na drzewie kolorowego ptaka. Przykuł on moją uwagę, gdyż na nasz klimat wydawał się zbyt barwny . Kiedy podeszłam do drzewa, aby się mu bliżej przyjrzeć, okazało się, że to… Papuga falista. Pobiegłam do domu i spytałam się mamy czy mogę ją mieć? Oczywiście cwana mamuśka, zgodziła się, gdyż była pewna, że nie mam najmniejszych szans na schwytanie ptaka. Nie zastanawiając się wzięłam taty podbierak na ryby i ruszyłam na łowy. Cały dzień biegałam za tym głupim ptaszyskiem, robiąc wszystko żeby go złapać. WIedziałam, że jeżeli tego nie zrobię, to papuga nie przeżyje w naszym klimacie. Po całym dniu biegania z podbierakiem i włażeniu na drzewa w końcu opadłam z sił. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać w myślach wykrzykując niecenzuralne słowa, których nie wypadało mówić na głos 14- latce. Pomyślałam sobie; „dobra- ostatni raz”. Akurat!Tak się zaparłam, że w końcu około 21.00 jak już się ściemniło złapałam swoją upragnioną zdobycz. Gdybyście mogli zobaczyć minę mojej mamy jak przyszłam do domu z papugą…Myślałam, że padnie trupem, a jej zacne plany dotyczące rzucenia palenia nagle diabli wzięli… 

Na temat moich zwierząt i związanych z nimi przygód mogłabym napisać książkę. Patrząc jednak teraz z perspektywy czasu na moją córkę, widzę w jej oczach dokładnie tę samą miłość, którą ja miałam do wszystkich stworzeń tego świata ( no może oprócz os i szerszeni) 

Kiedy wstawałam rano ,szybko biegłam oswajać kanarki, a gdy mojej koleżance z piątego piętra urodziły się małe kotki syjamskie, to przesiadywałam u niej całymi dniami. Dzieliłyśmy całą brygadę kociątek na pół i bawiłyśmy się w popularną chyba dla wszystkich dzieci zabawę o nazwie „DOM” :) Jak tylko wracałam do domu, mama oczywiście krzyczała na mnie, że śmierdzę kocim moczem i od razu wyganiała do łazienki na porządne szorowanie. Wizyty te przepłacałam, „peelingiem” z niewyobrażalnie bolesnej gąbki w wykonaniu mojej staruszki.  Jednak opłacało się  :)

Mam wrażenie, że gdy zaczynamy wieść dorosłe życie i wchodzimy w ten często skomplikowany świat, miłość do zwierząt wycisza się. Zajęci prawdziwym i trudnym życiem ,które często nas nie rozpieszcza powoduje, że zapominamy o swojej dziecięcej naiwności i czystej miłości do zwierząt….Coraz bardziej pochłania nas praca, obowiązki, dzieci i dom. Zwierzę pod dachem staje się dla nas kłopotem. W tym wszystkim, zapominamy jednak, że przy naszym braku czasu i chęci na posiadanie małego stworzenia, odbieramy swoim dzieciom możliwość budowania niezwykłych więzi ze zwierzętami.


Kiedy Amelka miała  cztery lata, bardzo pragnęła mieć Yorka, a ja ze wszystkich sił chciałam jej marzenie spełnić. Wiedziałam, że w głębi duszy to także moje dziecięce fantazje, aby mieć pieska, który zawsze wygląda ja szczeniak. Znalazłam warszawską hodowlę Blue Bell i od razu zadzwoniłam. Miły głos Pana Marka oznajmił mi, że zostały mu jeszcze dwa małe czworonogi. Bardzo się ucieszyłam i wiedziałam, że jeden z nich będzie już niedługo nasz. Był tylko jeden problem- i miał na imię- CZAREK ;) 

Odkąd poznałam Męża, wiedziałam że zawsze będę mieć nad nim przewagę. Polega ona na jego słabości do mnie i do moich niebieskich oczu :P 

Wysłałam SMS-em zdjęcie Simby i włączyłam tzw: „tryb błagalny.” Ku mojemu zaskoczeniu dosyć szybko się zgodził, a ja nie musiałam wyciągać asa z rękawa, którym był archiwalny numer magazynu „Mój Pies” z nim na okładce. Kiedy przyjechałam do hodowli, zobaczyłam w kojcu dwa malutkie stworzonka: Snoopy i Simba. Ten drugi od razu skradł moje serce. Jako pierwszy podbiegł do mnie i zaczął psocić. Niewątpliwe dzięki imieniu, jego akcje wzrosły, diametralnie, gdyż „Król Lew” był moją ulubioną bajką z dzieciństwa :)

Przyznam szczerze, że bałam się trochę. Amelka miała 4 latka, a Antoś roczek. Czułam, że będzie na mnie ciążyła jeszcze jedna wielka odpowiedzialność: aby pieskowi o wielkości chomika nie stała się krzywda w moim domu. Oczywiście dzieci jak tylko zobaczyły Simbę, pokochały go miłością bezwarunkową. Dla mojego synka zawsze był Bimbusiem, a Amelka przećwiczyła na nim wszystkie fryzury świata. Co ciekawe moja córka porzuciła lalki i wszelkiej maści plastikowe ideały kobiet, na rzecz swojego małego Yorka, którego cały czas woziła w wózku. Simba miał jedną wielką zaletę, mianowicie był stworzeniem kompaktowym. Przy naszym trybie życia, jego „pakowność” była dla nas bardzo ważna. Kochał wszystkich, a my kochaliśmy jego. TO był York o duszy wilka. Kiedy przyjeżdżaliśmy na  naszą działkę biegał i rozrabiał z owczarkiem niemieckim  czy border collie. Simba był pieskiem bardzo karnym i grzecznym. Śmialiśmy się, że Bimbuś jest chłopakiem naszej Pani Małgosi, która jest z nami już od 4 lat, a on uwielbiał ją całym swoim psim sercem.

Nic nie zapowiadało tragedii… Pewnego dnia przed naszym wyjazdem na Warmię, Simba dostał rozwolnienia. Jak to pies, nie raz miał już takie przypadłości, więc znając już procedury podaliśmy mu Smectę. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, piesek z początku czuł się dobrze, ale z godziny na godzinę było coraz gorzej. Pojawiła się krew, która następnego dnia była już  obecna w całym domu. Wcześniej podane leki oraz zastrzyki nie pomogły… Simba był smutny, jego oczy przeszklone i jak tylko miał okazje uciekał z domu nad jezioro… Popatrzyłam załzawionymi oczami na Czarka i powiedziałam: „Nie podoba mi się to- to źle wróży…” 

Kolejne wizyty u weterynarza w Ostródzie nie pomagały. Było coraz gorzej… Kiedy dzieci pojechały  do koleżanki, Czarek siedział nad Simbą  i głaskał go delikatnie po jego główce. Pamiętam jak powiedział mi wtedy: „On odchodzi…”

 Zaczęliśmy go błagać, żeby walczył i został z nami. Za wszelką cenę prosiliśmy: „Sibma dawaj! Nie poddawaj się. Dzieci czekają żeby się z Tobą znowu pobawić.” Ten faktycznie ożywił się i podniósł głowę, kiedy usłyszał głosy wracających od sąsiada Amelki i Antosia… Szybko go spakowaliśmy i po raz kolejny jechaliśmy ponad 20 km do Ostródy, aby ktoś ponownie mógł go przebadać. Na miejscu nie było szpitala dla zwierząt, jednak Pani Doktor pracująca w przychodni dla zwierząt „Przy Młynie” mieszkała tuż nad placówką. Zaproponowała, że zostawi Simbę na noc i przez ten czas zrobi dodatkowe badania. To lekarz z prawdziwym powołaniem.

Simba nie przeżył… Zmarł następnego dnia po południu, a my w momencie zalaliśmy się łzami i nie mogliśmy w to uwierzyć…

 Dobrze pamiętam, że to była niedziela. Wszyscy płakaliśmy, a w domu zapadła przenikliwa cisza, która nadchodzi wraz z odejściem bliskiej osoby i obecnością śmierci. Poszłam do toalety i płakałam wydając z siebie głośne dźwięki żalu i rozpaczy. Tak naprawdę, to nadal nie potrafię o tym mówić spokojnie. Pisząc teraz ten tekst, łzy lecą mi jak grochy i spływają na klawiaturę …. 

Pozostało nam najgorsze. Powiedzieć o tym wszystkim dzieciom. Siedziały grzecznie na kanapie i czekały na wieści. Kiedy Czarek powiedział: „musimy Wam coś powiedzieć” Amelia już wiedziała co mamy jej do przekazania. W jej oczach pojawił się strach i niedowierzanie. Sama dokończyła zdanie, które rozpoczął Czarek… „Simba nie żyje?” zapytała z niedowierzaniem. Tak jakby wiedziała, ale miała jeszcze nadzieję, że wszystko będzie w porządku. W jednym momencie rozległ się przeraźliwy i przenikliwy krzyk… Nie jestem w stanie nawet opisać tego bólu, który był wypisany na jej twarzy. Nie ma już jej ukochanego pieska z którym dorastała. Zjadł trutkę na szczury i umierał w strasznych cierpieniach, a my robiliśmy wszystko, żeby został z nami. Amelia tydzień dochodziła do siebie, Antek na szczęście nie był do końca świadomy tego co się stało. 

Wieść o nowym piesku ukoiła jej smutne serce, bo jak tu żyć bez czworonoga w rodzinie? Jest jednak coś, co utkwi w mojej pamięci na całe życie. Mianowicie lekcja,  którą dostałam od własnego 9-letniego dziecka…Amelia była przeszczęśliwa na wieść, że w rodzinie będziemy mieli nowego pieska, jednak przyszła do mnie i powiedziała: „Mamo, bardzo się cieszę, że będę miała szczeniaczka, ale wiesz…Nikt nie zastąpi mi Simby. Był jedyny w swoim rodzaju…”

Myślałam, że nie ma ludzi i rzeczy niezastąpionych, tym bardziej w XXI wieku, kiedy wszystko jest dostępne na wyciągniecie ręki. Byłam przekonana, że w "korpo-czasach", relacje ludzkie są tak wątłe, iż zmiana partnera, partnerki czy przyjaciela przychodzi większości z niezwykłą łatwością, tak jak kupienie nowej książki czy filmu na DVD. Obserwując skomplikowany świat dorosłych, gdzieś, czasami ucieka nam fakt, że istnieją jednak takie rodzaje relacji, których nie da się niczym, ani nikim zastąpić...

Zdałam sobie sprawę z tego, że mam z nimi do czynienia w każdej sekundzie mojego życia. Los obdarzył mnie wspaniałym Mężem, cudownymi dziećmi i ukochanym pieskiem. A teraz życie  dało mi lekcję, z której wynika ,że o wyjątkowości danych osób czy sytuacji, często zdajemy sobie sprawę za późno…

O tym wszystkim najlepiej wiedzą dzieci, które w żaden sposób nie umieją wypełnić pustki po stracie wyjątkowego zwierzątka.


Edyta Pazura