Blog - Edyta Pazura | MaybeBaby

Ja matka- trzydziestolatka
(26.06.2018 )

    Podejrzewam, że pisząc w szkole rozprawkę Twój nauczyciel uczył Cię, że posiada ona określoną budowę: teza, argumenty oraz potwierdzenie lub zaprzeczenie postawionej tezy.  

Czy istnieje idealny wiek, w którym kobieta powinna zdecydować się na dzieci? Odpowiedź jest tylko jedna… NIE!
Generalnie na tym mogłabym zakończyć ten artykuł, ale pokażę Ci jak to wyglądało z mojej perspektywy i jak rodzicielstwo ukształtowało mnie samą. Niewątpliwie macierzyństwo zmieniło moje podejście do dzieci na przestrzeni ostatnich 10 lat. 

    Swoją przygodę z macierzyństwem rozpoczęłam dokładnie 10 lat temu, kiedy to w październiku 2008 r. dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Jakie uczucia towarzyszą wtedy kobiecie? Wszystkie: radość, strach, podniecenie, zagubienie, euforia przeplata się z melancholią, a łzy radości czasami przechodzą w rozpacz… Mimo, iż myślisz sobie, że jesteś świetnie przygotowana do nowej roli, to w głowie galopuje Ci cały czas odwieczne pytanie: „Czy ja dam sobie radę”?  

Oczywiście, że dasz sobie radę. Ja też bałam się wszystkiego. Mimo, iż każda z moich ciąż ( ze względu na moje zdrowotne przypadłości,) była co do dnia zaplanowana, to i tak kiedy dowiadywałam się, że zostanę mamą, myślałam sobie: „Jak to?”            
      Kiedy urodziłam Amelkę miałam 21 lat… Mimo mojej dojrzałości, wiadomo, że młodość rządzi się własnymi prawami. Jakimi? Nie moja Droga- nie chodzi mi o imprezowanie do białego rana z paczką starych znajomych i podrywanie pijanych facetów, którzy w alkoholowym upojeniu potrafią nawet wskoczyć na rurę, zamiast striptizerki go-go. Brakowało mi przede wszystkim życiowego doświadczenia, a cechowała mnie dziecięca, wręcz żenująca naiwność, na której żerowali niemal wszyscy. Mało tego, jako Żona MĘŻA aktora, rozwodnika, na dzień dobry została mi na czole doklejona łatka młodej, zmanierowanej kochanki- istnego pasożyta, żerującego na nieszczęściu całego świata. Można byłoby się tak długo rozpisywać, bo „koleżanki- dziennikarki” w tej kwestii były jak nos mojego syna: niby pusto, ale zawsze wydłubie się jakiegoś babola.  

Mojemu wczesnemu macierzyństwu to nie pomagało. Jako nieogarnięte dziewczę, godziłam się na tę „zastałą rzeczywistość” i naiwnie wierzyłam, że czas zweryfikuje „kto jest kto.” Na szczęście w tym jednym, nie myliłam się. To jakbym wygrała w totolotka, nie wysyłając kuponu :D
Wówczas miałam dosłownie wszystko na głowie: byłam świeżo poślubioną, 21-letnią żoną; mieszkając w Warszawie, studiowałam w Krakowie i codziennie mierzyłam się z wizerunkiem smarkuli w czerwonej kurtce, której wszyscy mogli narobić na głowę i jeszcze mocno przyklepać, żeby na pewno się trzymało.

     No więc jakie było to moje wczesne macierzyństwo?! Cholernie ciężkie. Z drugiej jednak strony, moje samozaparcie, które niewątpliwie zawdzięczałam ówczesnej metryce, pozwalało mi co czwartek pakować manatki i wraz z trzymiesięczną Amelką wsiadać do pociągu, studiować i z powrotem do Warszawy. Jak to długo trwało?! Ano trwało pięć pełnych lat moich studiów, podczas których podróżując pomiędzy dwoma miastami, urodziłam dwoje dzieci. Jak było? Uff… Nie było słynnego Pendolino, więc jeździłam pociągami w których to dziura na spuszczenie odchodów w toalecie była sennym koszmarem mojego najstarszego dziecka. Finał był taki, że do mojego plecaka NorthFace z którym podróżowałam co tydzień do Krakowa, przywiązywałam różowy nocnik mojego dziecka. W jednej ręce trzymałam Amelię a w drugiej jeszcze jej plecak z maskotkami i zabawkami. Włóczykij z Muminków wyglądał przy mnie niczym Królowa Elżbieta z angielskiego dworu podczas „tea time.” O jakiekolwiek klimatyzacji czy ogrzewaniu mogłam tylko pomarzyć. Z własnego doświadczenie wiem, że mężczyźni umieją świetnie podrywać w pociągach, (niektóre takie przypadki zakończyły się nawet małżeństwem) ale są także niczym terminator i kiedy widzą kobietę w ciąży lub z dzieckiem na ręku, zapala się im czerwony napis „nie pasuje”: co oznacza, że nawet nie spojrzą na Ciebie nie wspominając już o jakimkolwiek odruchu pomocy czy życzliwości…
    
     Mimo, że podczas przerw w zajęciach na UJ znajomi szli na fajki, a ja w tym czasie odciągałam pokarm w uczelnianym kiblu, to studia były dla mnie odskocznią od warszawskiego zgiełku. Oczywiście każde pytanie typu: „Edyta, wyskakujesz z nami wieczorem?” kończyło się moją negatywną odpowiedzią, to moi znajomi i tak bardzo mnie wspierali i tworzyliśmy niezłą paczkę. Oczywiście znalazła się i taka, która bardzo chciała zrobić mi na złość i z całych sił nienawidziła mnie, za to, że jestem… Wspominałam już, że czas weryfikuje niektórych? Ano właśnie… I w tym przypadku panienka tak mocno zajęła się szukaniem męża na poziomie i robieniem na złość, że zapomniała chyba napisać pracy licencjackiej, więc splagiatowała koleżankę… W każdym razie było wesoło i z perspektywy czasu, to moje studyjno- krakowskie macierzyństwo miało wiele plusów: byłam młoda i miałam tyle samo energii co ambicji, aby skończyć studia- nawet jeżeli miałabym lecieć w tym celu na inną planetę, a nie tylko PKP do Krakowa. Minusy? Byłam roztrzepana, rozerwana pomiędzy dwa miejsca i sama nie wiedziałam, gdzie jest mój dom. W dzień opiekowałam się dziećmi, a w nocy zakuwałam na studia. Pięknie?! No nie do końca, bo taki brak snu i walka o przetrwanie doprowadza często do frustracji. Zawsze jako matka dawałam z siebie wszystko, ale patrząc na moje starsze dzieci zastanawiam się czy mogłam im dać jeszcze więcej, a mniej wymagać od siebie.


     No właśnie… Co oznacza mniej wymagać od siebie? Jako trzydziestoletnia kobieta, będąc matką już bardziej dojrzałą i doświadczoną postanowiłam w 100% skupić się na swoim dziecku i sobie. Karmiąc piersią Amelię i Antosia, uważałam na każdy kęs jedzenia, niczym Stachurski karmiłam się energią słońca, a i tak nie pomogło to moim dzieciom uniknąć tzw. „kolek.’ W dzień niewyspana od płaczu dzieci, wieczorem od siedzenia w książkach. Przy Ricie spuściłam z tonu: jem dosłownie wszystko, ale za to jestem spokojną, opanowaną kobietą, która wie czego chce od życia. Pewnie kroczę przez to macierzyństwo, nie trzęsąc się o każdą pierdołę, ale i skupiam się tylko na swoim dziecku, bez charakterystycznego dla mnie roztrzepania. Tworzę nasze przyzwyczajenia i dbam o codzienne rytuały. Ten wewnętrzny spokój nie tylko umacnia naszą więź, ale i sprawia, że jestem spokojniejsza. Minusy? Nie wiem czy takie są, ale wiem, że teraz nie chciałoby mi się studiować i biegać z wywalonym jęzorem po uczelni błagając o wpis do indeksu. Teraz jestem świadoma, jak dużo mogłabym stracić z życia swojego dziecka i że czasu cofnąć się nie da. Wszystko to ukształtowało także mnie samą, charakter oraz podejście do życia. Niegdyś Helen Miren powiedziała słowa, które zrozumiałam dopiero niedawno, a brzmią one tak: „Teraz w wieku 70 lat, gdybym mogła dać sobie młodszej pewną radę, to brzmiałaby tak: używaj zwrotu „pierdol się” znacznie częściej” Gdybym miała wskazać różnicę, wczesnego i późniejszego macierzyństwa to w moim przypadku zacytowałabym słowa powyżej… Za dużo czasu poświęcałam rzeczom mało ważnym, ludziom, którzy na to nie zasługiwali, a moja uwaga była skupiona na tym, co w zupełności nie miało wpływu na moje życie. Mam świadomość, że jestem dobrą matką, ale teraz w wieku trzydziestu lat dodatkowo skupioną na tym co w życiu najważniejsze. Czego i Tobie z całego serca życzę. 



Autor: Edyta Pazura
Foto: Edyta Pazura